Playlista: Solidarity of Arts 2017
3 września 2017
Vipassana – jedyna szkoła, którą powinieneś ukończyć
15 października 2017
Show all

2 miesiące w miłości do siebie

Nie sądziłabym kiedyś, że to napiszę, ale na wyraz „rozwój osobisty” robi mi się niedobrze. Odlajkowałam na facebooku wszystkich „coachów”, przypominających mi codziennie, jak żyć, nie chodzę na żadne warsztaty zanurzenia w głąb siebie, nie grzebię w przeszłości, nie analizuję swoich zachowań ani myśli. 2 miesiące temu postanowiłam zacząć w końcu być dla siebie dobra.

Ścieżka rozwoju osobistego i duchowego jest tricky: jeśli jesteś w tym już długo i idziesz coraz wyżej, to w jakimś momencie najpierw zaczynasz mieć wyrzuty sumienia, że wydałaś pieniądze na piękne szpilki zamiast zainwestować w siebie poprzez kolejny kurs np. odkrywania swojej kobiecości (przecież, Dasza, ile jeszcze przed Tobą w tym temacie?!), a potem łapiesz się na tym, że zabroniłaś sobie mieć jakiekolwiek potrzeby – przecież Budda ani Jezus na pewno nie mieli żadnych potrzeb i byli szczęśliwi…

Kiedyś czytałam artykuł o tym, że w obecnych czasach uzależnienie od kursów i treningów rozwoju osobistego jest już porównywalne do uzależnień od hazardu czy alkoholu. Uzależnienie! Mechanizm jest prosty: czytamy książkę jakiegoś psychologa-mówcy-motywatora, podoba nam się, zgadzamy się z autorem, ale nie wykonujemy żadnych ćwiczeń ani porad, jesteśmy za słabi, brakuje nam motywacji. Natomiast widzimy, że sam „guru” niedługo będzie miał warsztat w naszym mieście – natychmiast kupujemy bilet. Przychodzimy – i jest euforia! Życie chwilowo się poprawia, jesteśmy szczęśliwi, naładowani pozytywną energią, którą dostaliśmy od „guru”. Natomiast tak naprawdę w naszym życiu nic się nie zmieniło, kiedy narkotyk przestał działać, zapisujemy się na kolejne szkolenie/trening/warsztat by znowu doświadczyć tej euforii, wiary w siebie i w to, że wszystko będzie dobrze. Oczywiście dalej nic nie zmieniamy w naszym życiu, więc kiedy euforia przechodzi, kupujemy kolejny narkotyk…

Kupując jakiś kurs czy mądrą książkę ludzi już czują się lepiej ze sobą – przecież zainwestowali w swój rozwój, już zrobili coś dobrego dla siebie…

A propos „guru” poczytajcie sobie prawdziwą biografię np. Tony Robbinsa…

Odczuwam to też prowadząc mój kurs o czakrach. Zawsze przychodzi określony procent osób, którzy kupują kurs, przychodzą na pierwszy-drugi webinar i znikają, mówiąc, że nie mają czasu/to nie działa/nie czują czakr. To jakby mieć pretensji, że po jednych-dwóch zajęciach na siłowni wciąż nie widać sześciopaku.

A więc pewnego dnia obudziłam się i zrozumiałam, że w sumie od 6 lat ciągle wszystko analizuję i szukam. Nieustannie szukam odpowiedzi na pytania, szukam miłości, szukam guru. Bez przerwy analizuję wszystko – siebie, ludzi, sytuacje, słowa, czyny, gesty. Ciągle myślę, jakby było najlepiej dla mnie i dla wszystkich.

Chodzę na siłownie, by bardziej pokochać swoje ciało. Chodzę na warsztaty, by odkryć swoją kobiecą część i zintegrować się z nią. Medytuję, by radzić sobie z ciężkimi emocjami. Pilnuję tego, co mówię i myślę o tym, jak druga osoba poczuje się z tym, co powiem. Czytam książki i robię notatki, piszę przypominajki na ścianach by więcej odpuszczać i częściej się uśmiechać.

Fuck it. I’m done.

Jestem tak cholernie zmęczona ciągłą pracą nad sobą, że od dwóch miesięcy jestem na detoksie od wszystkiego, co związane jest z rozwojem. Zostawiłam sobie tylko medytacje OSHO dwa razy w miesiącu, spotkania w Kobiecym Kręgu raz w miesiącu oraz jedną książkę.


Dwa miesiące temu pierwszy raz zadałam sobie na poważnie pytanie: Co chcesz dziś robić, Kochana? Jak mogę być dla Ciebie dobra? Co sprawi Ci radość? – i codziennie żyję zgodnie z tym, co czuję, że jest dla mnie dobre.


To były najpiękniejsze dwa miesiące w moim życiu, spędzone w zgodzie ze sobą i szczerej miłości do siebie, w pełnej akceptacji siebie takiej, jaka jestem tu i teraz.

A więc jak wygląda życie w zgodzie ze sobą? Co znaczy być dobrą dla siebie?

Dla mnie oznacza to spełniać marzenia i robić rzeczy, na które zawsze miałeś ochotę, a nie miałeś czasu, czy nie pozwalałeś sobie tego z poczucia winy. To znaczy stawianie siebie i swoich potrzeb na pierwszym miejscu codziennie bez poczucia, że jesteś egoistą, a z poczuciem miłości do siebie i świata. To słuchać się swojego ciała i głosu wewnętrznego dziecka. To bycie dla siebie najlepszym kumplem.


 

2 miesiące w miłości do siebie

 


Zaczęłam grubo – spełniłam swoje dawne marzenie – skok ze spadochronem. Jego realizacja zajęła mi 11 lat. Było warto! Wylądowałam już inną osobą, coś się zmieniło mocno, tylko jeszcze nie wiedziałam co.

 

Wystarczy raz skoczyć ze spadochronem, i teraz wszyscy myślą, że lubię sporty ekstremalne i niczego się nie boję! Przezabawne! :D

 

Kocham podróże, a od roku nigdzie nie wyjeżdżałam poza kraj. No to najwyższy czas. Spontanicznie kupiłam bilety i pojechałam do Stockholmu. To były 5 dni jak z bajki: pyszne jedzenie i kawa, wysocy stylowi ludzi, piękne morskie krajobrazy, podróż promem, rozmowy z ludźmi, wystawa zdjęć Irvinga Penna i Herba Ritza, inny świat…

Stockholm

Podróż solo – kolejne must try na liście rzeczy, które chcę spróbować w życiu. Połączenie podróży z pójściem na koncert – i d e a l n i e – to mój ulubiony rodzaj podróży. Więc kupuję bilety na Solidarity of Arts i jadę do Gdańska. Sama. Weekend, którego nie zapomnę do końca życia! To była tylko rozgrzewka przed prawdziwą podróżą solo – poza granicami Polski.


Stoisz na przystanku, czekasz na tramwaj do hotelu. On też czeka na tramwaj. Cześć? Cześć! Zaczynacie rozmawiać, poznawać siebie. Czujesz jego energię, zapach, patrzysz w jego oczy. Uśmiechacie się do siebie. Podjeżdża tramwaj… On czekał na inny… Wiesz, że z tego mogłoby powstać coś… Ale uśmiechasz się, wsiadasz do tramwaju, żegnacie się wzrokiem przez okno… Tego nie da się przeżyć, podróżując z kimś. A takie momenty pamiętasz długo.


Uwielbiam koncerty! Występy na żywo dają mi tyle energii i radości. W ciągu ostatnich 2 miesięcy byłam na 7 koncertach… W październiku idę na kolejne trzy… Kocham muzykę. I to się nie zmieni.

Kocham też dobre kino. Uwielbiam chodzić do kina z partnerem, trzymać się za ręce i całować się… Ale pójście samemu też jest fajne. Lubię jesień za to, że w końcu w kinach pokazują dobre filmy. Więc obejrzałam i polecam „Square” i „Podwójnego Kochanka” oraz nadrobiłam zaległości i obejrzałam parę dokumentalnych filmów z Netfliksa, na które ciągle nie miałam czasu.

Ten sierpień będzie zawsze mi się kojarzył z takim obrazkiem: świeci ciepłe słońce, a ja jadę rowerem przy Skaryszewskim, słuchając „Kudu” Mammal Hands, potem Stadion, most Świętokrzyski, bulwary… To było pierwsze lato spędzone na rowerze i pierwszy raz, kiedy zaczęłam jeździć ulicą, nie chodnikami. Parę razy krzyczałam na ludzi, parę razy samochody trąbiły na mnie… W każdym razie rower to mega rzecz! Zakochałam się :)

YouTube Preview Image

 

Kocham jeść, uwielbiam pyszne jedzenie, ale nie lubię gotować… Z drugiej strony, chcę być dobra dla siebie, a mój wewnętrzny głos, pewnie ten pochodzący z żołądka, domagał się dobrego jedzenia. Więc postanowiłam pokochać gotowanie. Kurki w sosie śmietanowym, zapieczona dynia, czy frytki z batatów na maśle kokosowym… Przecież to orgazm! Odstawiłam też dietę i można było mnie spotkać wcinającą bezę nad Wisłą o 10 w nocy, albo zaczynającą dzień od kawy i jagodzianek z serem mascarpone… Było warte.

Bieganie zawsze wydawało mi się mega nudne. Natomiast zawsze chciałam wziąć udział w jakimś maratonie i dostać medal :) Więc postanowiłam zacząć biegać, dołączyłam na bezpłatne treningi dla biegaczy, po woli, nie od razu, ale wciągnęłam się w to! Przebiegłam swoją pierwszą piątkę w nie najgorszym czasie i dostałam pierwszy w życiu medal. To było mega fajne doświadczenie być częścią takiego wydarzenia! Tyle radości i szczęścia!

Kocham muzykę, a nigdy na niczym nie umiałam grać. Przez przypadek znalazłam warsztat „Odbębnij czwartek”, który organizują Alek i Asia z Wibracji Miłości. Pierwszy raz w życiu grałam na djembe, i to sprawiło mi tyle radości i wyzwoliło tyle szczęścia, że po miesiącu miałam już swoje djembe w domu, a od września zapisałam się na poważne warsztaty gry na tym instrumencie u najlepszego djembisty w Warszawie – Kuby Pogorzelskiego. Od tej pory czwartek to mój ulubiony dzień tygodnia!

A co z tańcem? Przecież od dzieciństwa kocham tańczyć. Często mam jak w „Greys Anathomy” – czujesz się źle – tańcz, czujesz się dobrze – tańcz. Na swoim kursie, mówiąc o czakrze sacrum, która odpowiada za naszą seksualność i ekspresję, mówię, że najlepszym ćwiczeniem dla tej czakry jest taniec, idealnie – salsa bądź bachata, gdzie mocno używamy bioder. Zapisałam się więc na weekendowe warsztaty salsy u Izy Bogdańskiej. Boże, ile to radości i bycia tu i teraz. To niesamowicie odpręża od myślenia i samoanalizy, skupiasz się tylko na tym, która noga jest z przodu a która z tyłu, i co w tym czasie robią Twoje ręce. Poza tym, taniec powoduję, że poznajemy nasze ciało i jego możliwości, przełamujemy granicy i zaczynamy siebie dotykać, głaskać. Nasze ruchy stają się zmysłowe i kobiece, a głośna muzyka i energia ludzi powodują, że czujesz się jak na najlepszej imprezie Twojego życia.

Salsa i djembe – to są moje terapeuci.

Zawsze przerażała i fascynowała mnie myśl o tym, że coś może być na zawsze. Dlatego długo mówiłam, że w życiu nie zrobię sobie tatuażu. Wszystko się zmienia, moje przekonania też. Po uświadomieniu sobie tego, że moje ciało jest na tak naprawdę tymczasowe, wyzwoliłam w sobie myśl o przywiązaniu się do czegoś bądź kogoś na zawsze… i zrobiłam sobie od razu dwa tatuaże. To była przemyślana spontaniczna decyzja. Mój tatuator musiał być kimś wyjątkowym, kto oprócz umiejętności artystycznych miałby w sobie dobrą energię, i najlepiej by rozumiał mój świat czakr i medytacji. Takiego szamana, dla którego tatuaż też jest rytuałem, znalazłam w Poznaniu. Wybrałam metodę handpoke, bo nie chciałam mieć pośrednika w postaci maszyny między mną a tatuatorem. To było magiczne doświadczenie. Jestem szczęśliwa.

Bycie dobrą dla siebie oznacza dla mnie również … wysypianie się, a więc bez żadnych skrupułów kładę się spać o 22.30 i wtedy wstając o 6 czuję się wyspana. Fajne jest to, wiecie?

No i najważniejsze, co robię dla siebie – to nie analizuję – ani siebie, ani innych. Jeśli czuję coś, mówię sobie – ok, tak teraz czuję, jeśli myślę o czymś, – akceptuję swoje myśli, jeśli robię coś bądź nie robię czegoś – znaczy to jest dla mnie teraz najlepsze. Tak samo z innymi ludźmi – nie grzebię w ich głowach myśląc, dlaczego zachowują się tak a nie inaczej… Akceptuję, jacy są.

I wiecie, co, żyjąc w zgodzie ze sobą z myślą, że każdy dzień mi sprzyja, okazało się, że jestem chodzącą radością. Nie potrzebuję przyczyny, by czuć się dobrze. Dobre samopoczucie i miłość do siebie stały się bezwysiłkowe. Nic nie robię, by kochać siebie. Po prostu jestem dla siebie dobra. To moja nowa filozofia życia. Teraz ja jestem moim guru.


Zaprzyjaźnij się ze sobą, bądź dobry dla siebie. Przypomnij, jakie są Twoje marzenia i pragnienia? Czego chce doświadczać Twoja dusza? Czego pragnie Twoje wewnętrzne dziecko? I rób to. Codziennie.


Mieszkasz w Warszawie i chcesz żyć aktywnie? Dołącz do mojej grupy Mówię życiu Tak, gdzie publikuję informacje o najciekawszych wydarzeniach w naszym mieście :)


 

Anahata Blog
Anahata Blog
Żyj świadomie
  • Dasza! Dziękuję Ci za ten artykuł ! :) Świetny! BTW https://youtu.be/XnSwb0n7odo kiedyś tak zatańczymy Ba! zatańczymy nawet lepiej! :) Udanego dnia :)

    • Patryk! Dziękuję, że czytasz! :) Nie wiedziałam, że tańczysz salsę. Mi do takiego poziomu jeszcze „trochę”. :) Jutro spróbuję bachatę, bo jeszcze nie zdecydowałam się na nic dłużej. :)

      • Ha, mi jeszcze duuużo brakuje. :) Moje serce tańczy, moje ciało mniej :)))) Ale chcieć to móc. :)

        • Twoje ulubione powiedzenie :) Przejęłam go po Tobie :)

Zapisz się do Newslettera!

 

 Jako pierwszy dostaniesz inspirujące artykuły i unikatowe playlisty, dowiesz się o nadchodzących projektach i wydarzeniach.

Po wpisaniu maila sprawdź swoją skrzynkę w celu potwierdzenia.